Archiwum
Seth Godin o tym czemu marketing to nie wisienka na szczycie tortu:
Upierdliwość “sprzedaży po sprzedaży”
W dawnych analogowych czasach, większość fotografów, którzy obsługiwali imprezy masowe (np studniówki) czy uroczystości typu ślub miała prostą zasadę – zrobię usługę za nieduże pieniądze, a później każda odbitka będzie kosztować X pln i z tego będzie dodatkowa sensowna kasa. Oczywiście sprawa nie była łatwa, bo fotograf musiał mieć małe okropne albumy kieszonkowe, do których wkładał zdjęcia z numerkami, które spisywał klient, on szukał później tych zdjęć na negatywach i zamawiał je w labie. Zaletą takiego podejścia była całkowita kontrola nad tym ile kopii danego zdjęcia wyszło “w świat”. Dopóki fotograf nie oddał klientowi negatywów, był “bossem”.
Od tamtego czasu wiele się zmieniło i niewiele osób chce się bawić w spisywanie numerków zdjęć, które zamawia klient (i jego goście) – choćby dlatego, że zdjęć jest kilkaset i jest to benedyktyńska praca. Większość fotografów woli skasować kwotę X, oddać płytkę (+ ewentualny album lub fotoksiażka ze zdjęciami wybieranymi przez fotografa) i mieć to “z głowy”. Nie ukrywam, że też przyjąłem taki system, ale poza zaletą braku dodatkowego zamieszania ma on kilka zasadniczych wad. Po pierwsze wielu z gości weselnych, zobaczy tylko (o ile w ogóle) wybrane zwykle 100 zdjęć, które fotograf zamieści w albumie i prezentacji. Czyli na 90% nie zwiążą się z tymi zdjęciami emocjonalnie, ponieważ ich w tej puli zdjęć po prostu nie będzie. A dwa – fotograf, który przywozi ze ślubu czasem 2 czy 3 tysiące zdjęć, zarabia tylko na tym, że sprzedaje płytkę parze młodej – mimo, iż w trakcie imprezy fotografuje również sporo gości i są oni również potencjalnie klientami. Trzy – wyrabianie marki przez fotografa nie jest tak łatwe jak w przypadku zespołu, który każdy może ocenić na żywo, czy jak knajpa, której klimat i jedzenie też jest weryfikowane na bieżąco. Nie jest prawdą natomiast, że para młoda ma czas i ochotę, zająć się rozsyłaniem kopii swojego dvd, albo zamawianiem odbitek dla swoich gości – większość osób po ślubie ma inne rzeczy w głowie/ na głowie i zwykle zdjęcia zostawiane są “na później”.
W USA już kilka lat temu rozwiązali sprawę – pojawiło się kilka rewelacyjnych serwisów, które ułatwiają fotografowi sprzedaż dodatkowych zdjęć czy zawierających te zdjęcia produktów (wydruków/kubków/foto-obrazów etc) np. zenfolio.com, smugmug.com czy szczególnie popularne wśród ślubniaków pictage.com. Niestety korzystanie z nich działając na rynku fotograficznym w Polsce jest raczej utrudnione choćby przez ceny przesyłek czy angielski interfejs.
Natomiast u nas, jak na razie, tylko najbardziej kreatywni i “informatyczni” fotografowie, na własną rękę tworzyli mini-skrypty, które chociaż w niewielkim stopniu ułatwiały dodatkową sprzedaż.
Dlatego już wkrótce informacje na temat wygodnego rozwiązania dodatkowej sprzedaży w Polsce

